×
Welcome to the Kunena forum! Tell us and our members who you are, what you like and why you became a member of this site. We welcome all new members and hope to see you around a lot!
Nazywam się Karolina. Jestem położną. Przez dwanaście lat pomagałam setkom kobiet przyjść na świat ich dzieciom. Każdy poród, nawet najtrudniejszy, kończył się tym samym dźwiękiem – pierwszym krzykiem nowego życia. Kochałam tę pracę. Byłam w niej dobra. Aż do momentu, kiedy zaczęłam nienawidzić siebie za to, jak bardzo ją kocham.
Siedem lat. Siedem lat staraliśmy się z mężem o dziecko. Przez te siedem lat trzymałam za ręce pacjentki, których brzuchy rosły, a mój pozostawał płaski jak stół. Testy, badania, hormony, dwie nieudane in vitro. Za drugim razem, gdy usłyszałam: „niestety, nie udało się”, poczułam, że coś we mnie pęka. Nie płakałam. Po prostu przestałam czuć. Zawodowo dalej funkcjonowałam perfekcyjnie. Ale w domu? Byłam duchem. Mój mąż, Maciek, próbował rozmawiać, pocieszać, ale w końcu i on zamilkł, widząc, że jego słowa odbijają się od mojej szklanej powłoki.
Pewnej nocy, po szczególnie ciężkim dyżurze z trzema porodami, wróciłam do pustego (tak, choć Maćek w nim był, był pusty) mieszkania. Maciek spał. Usiadłam w kuchni z herbatą. Bezmyślnie włączyłam laptopa. Na forum dla kobiet po nieudanych in vitro, gdzie czasem czytałam, ale nigdy nie pisałam, pojawił się nowy wątek. Ktoś pytał, jak oderwać myśli od cykli, tabel, wyników. Jedna z użytkowniczek odpisała: „Ja wpadłam w coś głupiego. Jak mam atak rozpaczy, to nie jem czekolady. Otwieram stronę, biorę
vavada bonus online
na start i gram przez pół godziny w jakąś głupią grę z wróżkami. To bezsensowne, ale angażuje mózg inaczej. I wiecie co? Ostatnio wygrałam z 5 tysięcy. Wydałam to na weekend w SPA z mężem. Pierwszy raz od lat myśleliśmy o czymś innym.”
Vavada bonus online. „Angażuje mózg inaczej”. Mój mózg był więźniem jednej myśli: dlaczego ja nie mogę? Potrzebowałam czegoś, co go zajmie. Zupełnie inaczej. Zarejestrowałam się tej samej nocy. Wpłaciłam 300 złotych. To była kwota z naszego „funduszu na następną próbę”, z którego już nie miałam siły korzystać.
Wybrałam grę o nazwie „Secret Garden” – nie mylić z tą książką. Tu chodziło o magiczny ogród, gdzie kwiaty zakwitały przy dotknięciu. Grafika była piękna, baśniowa. Coś, co było przeciwieństwem sterylnych sal porodowych. Grałam najmniejszymi stawkami. 1 złoty za spin. To nie była gra. To był mój rytuał samozachowawczy. Gdy czułam, że zaraz wybuchnę, wyjmowałam telefon i puszczałam kilka spinów. Patrzyłam, jak rozkwitają cyfrowe orchidee. Moje 300 złotych topniało. 250… 200… 150… To było w porządku. Płaciłam za te kilka minut niebycia położną Karoliną, niebycia niepłodną Karoliną. Byłam po prostu kimś, kto klika w kwiaty.
Zostało mi 80 złotych. Był czwartek. Miałam wolne. Maciek wyjechał służbowo. Byłam sama. I ta cisza była nie do zniesienia. Pomyślałam: „Dobrze. Skończmy to.” Zamiast grać dalej malutkimi stawkami, wybrałam opcję „Bonus Buy” – można było od razu zapłacić 80 złotych, by wejść do specjalnej, bonusowej rundy w tej grze. To był dosłownie zakup odcięcia. Zapłacę, zobaczę tę animację i koniec. Kliknęłam.
I wtedy ekran się zmienił. Całkowicie. Nie było już gry automatowej. Pojawił się interaktywny ogród. Podpis: „WYBRANO NASIENIE NADZIEI. PODLEJ MAGICZNY OGRÓD.” Musiałam wybrać trzy z sześciu konewek, by podlać trzy magiczne rośliny. To nie było losowe. Musiałam zgadywać. Wybrałam konewki: niebieską, srebrną i złotą. Nie wiem czemu.
Po podlaniu, te trzy rośliny wybuchły światłem. Z ich środków wyskoczyły… nie monety. Malutkie, świetliste postaci. Jak duszki. Każdy niósł tabliczkę z liczbą. Pierwszy miał 5 000. Drugi 15 000. Trzeci… zaczął się zmieniać. Jego liczba rosła: 20 000… 40 000… 60 000… Duszek frunął po ekranie, a jego tabliczka migotała. W końcu usiadł na gigantycznym kwiecie. Liczba się ustabilizowała: 92 500 złotych.
Dziewięćdziesiąt dwa tysiące pięćset.
Siedziałam w kuchni, w piżamie, i patrzyłam na tę animację. Nie czułam radości. Czułam… oszołomienie. Jakbym dostała w twarz przez kogoś, kto chce mi pokazać, że świat nie jest taki, jak myślę. Że może być absurdalny, nieprzewidywalny i hojny w zupełnie niewłaściwych miejscach. Po chwili poczułam coś innego. Śmiech. Cichy, gardłowy śmiech, który wyszedł ze mnie po latach. Śmiałam się z tej całej, kosmicznej ironii. Położna, która nie może mieć dzieci, wygrywa fortunę, grając w grę o magicznym ogrodzie.
Wypłata była procesem. Weryfikacja, dokumenty. Gdy pieniądze stanęły na koncie, nie powiedziałam od razu Maćkowi. Pojechałam do kliniki, w której robiliśmy ostatnie in vitro. Do mojej lekarki. Nie po to, by umówić się na kolejną próbę. Powiedziałam: „Pani doktor, proszę mi powiedzieć szczerze. Czy są jakieś szanse, jeśli… jeśli mielibyśmy spróbować z komórką dawczyni?” To była opcja, o której nawet nie chcieliśmy myśleć – zbyt droga, zbyt emocjonalnie skomplikowana. Lekarka spojrzała na mnie poważnie. „Szanse są zupełnie inne. Ale to ogromny koszt i ogromne wyzwanie dla psychiki.”
Pokazałam jej przelew na telefonie. Jej oczy się zaokrągliły. „Skąd…?” „Dostałam spadek” – skłamałam. Ale w tym „spadku” była prawda: spadek po starej, zgorzkniałej Karolinie.
Gdy Maciek wrócił, usiadłam z nim i wszystko mu powiedziałam. O grze, o wygranej, o rozmowie z lekarzem. Patrzył na mnie, jakbym mówiła po chińsku. A potem zapytał tylko: „Czego ty chcesz, Karolina? Naprawdę.”
„Chcę spróbować inaczej. I chcę… żebyśmy przestali żyć w żałobie.” To była pierwsza szczera rzecz, jaką mu powiedziałam od lat.
Dziś jesteśmy w trakcie procedury z dawczynią. To długa droga. Nie wiem, czy się uda. Ale wiem coś innego. Z części tych pieniędzy wynajęliśmy dom na Mazurach na cały luty. Tylko my dwoje. Nie rozmawialiśmy o leczeniu. Pływaliśmy na lodzie, czytaliśmy książki, milczeliśmy. I to milczenie nie było już puste. Było spokojne.
Czy gram jeszcze? Nie. Usunęłam aplikację. Ale czasem, gdy strach mnie ogarnia, otwieram przeglądarkę na komputerze. Wpisuję vavada bonus online, tak jak wtedy. Nie rejestruję się. Po prostu patrzę na stronę główną. I uśmiecham się. To mój talizman. Przypomnienie, że czasem nadzieja nie przychodzi tam, gdzie jej szukasz. Czasem wybucha jak magiczna roślina na ekranie komputera, po tym, jak się zdesperowaną ręką kliknie „kup bonus”. I że bez względu na to, czy nasza historia zakończy się krzykiem nowego życia, czy nie – już udało nam się odzyskać siebie. A to jest najważniejsze poczęcie, jakie mogło się wydarzyć. I ten ogród, choć wirtualny, dał nam wodę, by na nowo podlać nasz prawdziwy.